Ten zestaw uszyłam już jakieś trzy tygodnie temu, czekał pokornie, aż zrobię mu zdjęcia. Normalnie każdy mój uszytek musi trochę odczekać swoje, bo mam wrodzoną niechęć do robienia sobie zdjęć i muszę się do tego za każdym razem przygotować psychicznie. W tym wypadku na opóźnienie wpłynęła też pogoda, no bo za każdym razem jak już miałam czas i powiedzmy, że chęć, to padało. Ostatnim czynnikiem opóźniającym był mój upór.

Ubzdurałam sobie, że koniecznie chcę spróbować zrobić zdjęcia w tak zwanej “złotej godzinie fotografii”, czyli mniej więcej na godzinę przed zmierzchem. Złota godzina to też pierwsze 60 minut po wschodzie słońca, ale umówmy się, nie jestem aż tak zboczona.
Tak więc przez dwa tygodnie polowałam na dobry moment, ale za każdym razem gdy zbliżała się wyznaczona pora, to albo była burza z piorunami, albo padało, albo mżyło, albo burza bez piorunów, albo wichura, albo w najlepszym wypadku było pochmurno i ciemno jak wiadomo gdzie. Jeśli słońce wychodziło, to nie wtedy kiedy chciałam.

W końcu się poddałam, i przestałam czekać na idealną pogodę, padało cały dzień i około 18 wyjrzało słońce. Spojrzałam na niebo, chmur sporo, ale stwierdziłam, że może coś z tego będzie. Pomalowałam się, ciuch odprasowałam, zgarnęłam fotografa i jazda.

Ze złotej godziny wyszło mi jakieś 5 minut, kiedy to słońce wyzionęło zza chmur, ale muszę przyznać, że warto było, bo rzeczywiście to oświetlenie robi robotę. Każde zdjęcie takie ciepłe, skóra ma ładny, miękki odcień, nie jak zwykle blady jak u nieświeżych zwłok, i generalnie świat jakiś taki ładniejszy. Trochę jednak przekłamuje kolory, bo ta spódnica nie jest tak intensywnie żółta, w rzeczywistości ma bardziej sprany kolor. Niemniej, jeśli ktoś ma anielską cierpliwość do naszej polskiej aury i chce ładnych zdjęć, to polecam robienie ich o tej porze, warto sobie chociaż raz spróbować.

Jeżeli ktoś obserwuje mnie od jakiegoś czasu na instagramie i może kojarzy spódnicę z zeszłego roku to pewnie się zastanawia, po co uszyłam drugą, która jest bardzo podobna. Uszyłam, bo tamta się zrobiła na mnie trochę za duża. Powinnam ją przerobić, tak żeby móc w niej chodzić, bo to w duchu zero waste, a ja staram się być bardziej przyjazna planecie, ale bez bicia przyznam, że nie chce mi się. Nie lubię przeróbek, wręcz nienawidzę. Wolę uszyć coś od nowa i tak też zrobiłam, ale z kilkoma modyfikacjami – też jest to spódnica z klinów, ale nie z ośmiu a sześciu, kieszenie są w szwie, i guziki nie na środku, a z boku, bo mam słabość do wyzierającej nogi. Na marginesie – tych guzików szukałam chyba cały dzień i w końcu znalazłam w sklepie Stoklasa piękne pasiaste i bambusowe, każdy inny – guziki w których się zakochałam. Wracając do tematu – użyłam też innego materiału niż ostatnio, bo lnu stonewashed. A poprzedni model poczeka, aż nadejdą tłuste czasy i trochę przytyję 😉

Do spódnicy uszyłam prostą oversizową bluzkę z białego tencelu. Jak ma wyglądać ta bluzka zastanawiałam się chyba ze trzy dni, w głowie sobie układałam wszystkie elementy, gdzie kieszeń, jak duża, jaki dekolt, czy serek z przodu czy z tyłu, czy z plisą, czy z odszyciem i do samego końca nie byłam pewna, czy efekt mnie zadowoli. Na szczęście zadowolił, ale zmęczyło mnie to do tego stopnia, że zapisałam się na sierpień na kurs rysunku żurnalowego w ultraMaszynie. Nie umiem rysować kompletnie, dla mnie wyczynem jest narysowanie ludzika z kresek, wiem, ze ten kurs nie zrobi ze mnie Matejki, ale może chociaż troszkę coś ogarnę i pozwoli mi to przelewać pomysły na papier, żebym nie musiała się męczyć z układaniem wszystkich projektów tylko w głowie. Z resztą myślałam o tym kursie już od dawna, bo bardzo mi się podobają rysunki tworzone przez projektantów i mimo, że w moim wypadku to totalnie marzenie ściętej głowy, ale ja też tak chcę!  


  • Biała bluzka
  • Dekolt na plecach
  • Biała bluzka
  • Bambusowe guziki
  • Lniana spódnica
  • Bambusowe guziki
  • Lniana spódnica
  • Lniana spódnica, biała bluzka
  • Linen skirt
  • Żółta spódnica
  • Lniana spódnica
  • Lniana spódnica midi

Udostępnij: