Urodziłam się zimą i chyba z tego powodu jej nie lubię, w każdym razie kiedyś taką teorię słyszałam. Mogłabym żyć gdzieś gdzie śniegu nikt nigdy nie widział, a tak zupełnie szczerze to nawet tam gdzie nawet drzewa rzadko występują czyli na pustyni. Zimy nienawidzę, a jesień to dla mnie taka umieralnia wszystkiego co lubię i smutne przypomnienie, że już zaraz, już za momencik zacznie się sześciomiesięczny szaro-buro-mokro-zimny dramat. Dlatego chyba brakuje mi ostatnio weny.

Uwielbiam wiosnę i lato z wielu powodów, ale również z tego, że człowiek zarzuca na siebie sukienkę, buty i tadam… jest gotowy. Albo bluzkę, spodnie i tadam… jest gotowy. Jesienią i zimą już się zaczyna sprawa komplikować bo dochodzą kolejne warstwy, bo tu sweter, tam rajty, płaszcz, szalik … i zawsze się okazuje, że czegoś mi brakuje, to do tamtego nie pasuje i odwieczny problem – nie mam się w co ubrać. Ugh! Na szczęście uszyłam te spodnie.

Z jednej strony są doskonałe na upalne lato, bo to len, więc jest przewiewny i chroni przed palącym słońcem. Do tego są szerokie więc nic się do tyłka nie przylepia – słowem pełen luz. Z drugiej strony len jest ciemny, kolor już bardziej jesienny, a do zestawu ze zdjęć wystarczy dorzucić kardigan, a sandałki zamienić na tenisówki i mogę w nich latać kolejny sezon. Jestem bardzo zadowolona z tego letnio-jesiennego kompromisu, bo nie lubię jak mi się rzeczy kurzą w szafie.

Chciałabym powiedzieć, że była to totalnie przemyślana decyzja, że jestem takim strategiem swojej szafy, normalnie nowym wcieleniem Napoleona, ale nie ma co ściemniać, to był totalny impuls i przypadek.
Formę na spodnie już miałam, bo jest to dół od mojego cynamonowego kombinezonu i przy jego pierwszej przymiarce wiedziałam, że koniecznie i absolutnie muszę uszyć sobie takie spodnie. A materiał kupiłam niedługo po tym jak sobie obiecałam, że już nic lnianego w tym sezonie szyć nie będę. Silna wolna – zero na dziesięć, ale nie miałam wyjścia –  widzicie przecież ten kolor. Nigdy nie byłam fanką butelkowej zieleni, zawsze wybierałam odcienie khaki, no ale ten len jest tak idealny, że pomyślałam, że nawet jeśli będę ze swoim trupim kolorem cery w nim wyglądać fatalnie, to trudno, jest piękny i muszę go mieć. No i od pierwszego wejrzenia wiedziałam, że będą z niego spodnie. Szczęśliwie trochę się opaliłam, więc nie jestem już w kolorze topielca, a spodnie nadają się też na jesień i wiosnę, więc czuję się usprawiedliwiona i nie mam wyrzutów sumienia ze ulegam impulsom 😉

PS. Na samym końcu galerii znajdziecie mój rysunek tych spodni, wykonany akwarelami – efekt kursu, który niedawno odbyłam w ultraMaszynie. Najbardziej jestem zadowolona, że udało mi się narysować twarz. Jest to co prawda twarz bardzo wkurzonej pani, nie moja, niemniej przypomina facjatę, a nie jakiegoś Picassa. O samym kursie mam zamiar niebawem napisać post – takie zadanie znalazło się nawet w mojej aplikacji, więc jest spora szansa, że je wykonam 😉



Udostępnij: