Nie lubię siebie w kopertowych sukienkach. Z resztą w bluzkach też nie. Robiłam wiele podejść i za każdym razem kończyło się to tak samo jak ze wzorzystymi tkaninami, czyli marnie. Jak to się stało, że postanowiłam poświęcić trzy tygodnie na stworzenie właśnie kopertowej sukienki?

Na kursie konstrukcji koleżanka przyniosła swoją, żeby jej Agnieszka pomogła ustalić gdzie trzeba dokonać poprawek i stało się coś niebywałego, spodobała mi się ta sukienka. Przymierzyłam i nadal nie zmieniłam zdania. Zrobiłam jej zatem zylion zdjęć i postanowiłam uszyć taką samą. Normalnie nie lubię takiej chamówy z kopiowaniem kropka w kropkę, ale w wypadku tej sukienki wolałam nie ryzykować, bo nie wiem co zadecydowało o jej wyjątkowości – czy to był kołnierzyk, czy długość, czy kolor, czy pasek. Nie mam pojęcia. Kupić też jej już nie mogłam, bo była z poprzedniej kolekcji.

Tak więc postanowiłam zostać plagiatorką...

Dwa tygodnie zajęło mi tworzenie do niej konstrukcji, oczywiście nie cięgiem, ale z przerwami na myślenie. A myśleć było o czym, bo musiałam wykminić jak tu pozamykać odpowiednio zaszewki, żeby można było zrobić kołnierzyk, jak zrobić tenże właśnie, jak zrobić odszycia. Dwa razy musiałam się posiłkować radami Agnieszki, trochę papieru na to poszło, ale udało się. Mogłam przystąpić do szycia i co dla mnie normalne poszłam od razu na żywioł i szyłam z materiału właściwego. Nie wiem czy to głupota, wiara we własne zdolności, czy lenistwo. Obstawiam to ostatnie. Na szczęście konstrukcja się udała i obyło się bez wpadek. Jedna rzecz mogła wyjść lepiej, a mianowicie zaszewki biustowe, ale nie ma z nimi tragedii, więc sobie to tylko odnotuję na przyszłość, żeby zrobić je inaczej przy kolejnym podobnym projekcie.

Druga dziwna rzecz w tej sukience to to, że jest ona z dzianiny. Co w tym dziwnego? A no to, że ja dzianin nie lubię.

Dzianiny wydają mi się mało eleganckie i nawet jak człowiek uszyje z nich coś ładnego to i tak lekko zalatują dresem i ciuchami po domu, a wszyscy wiemy jak wyglądają ciuchy po domu.

Z dzianin szyję tylko i wyłącznie bluzy i gacie na siłownię dla mojego faceta. Niemniej jak zobaczyłam zdjęcia dzianiny “Genoa”, bo tak jej na imię, na miekkie.com to się nie wahałam. Po pierwsze kolor idealny. Musicie wiedzieć, że ja mam jakąś słabość do mundurów i w fasonie i w kolorze i często muszę się siłą powstrzymywać, żeby nie kupić kolejnej tkaniny w kolorze khaki (albo navy), tak więc ten od razu skradł me serce. Po drugie splot, nie wiem jak on się profesjonalnie nazywa, ale bardzo mi się podoba i w niczym nie przypomina jakiejkolwiek dresówki. Tyle zobaczyłam online, na żywo było tylko lepiej. Poliester w składzie jest niewyczuwalny, materiał jest przemięciutki, aksamitny i pokryty delikatnym meszkiem, do tego jest tak lekki, że praktycznie nie czuję tej sukienki na sobie. Pięknie się układa, ładnie się zachowuje w ruchu, co próbowałam uchwycić na zdjęciach, do tego dobrze się go szyje. Po trzech praniach nie ma śladów zużycia, nie wiem jak będzie później, ale zapowiada się dobrze. Do tego nie gniecie się jakoś spektakularnie, w każdym razie nie trzeba stać pół godziny z żelazkiem, żeby sukienkę można było założyć. Dawno się nie rozpływałam tak nad żadnym materiałem, a nad dzianiną nigdy i w dodatku nie jest to post sponsorowany (do takich rzeczy jeszcze nie urosłam). Szyłabym z niej jeszcze, ale dostępne kolory jakoś się kłócą z moją karnacją.



Udostępnij: