Krótka historia o dekatyzacji

Nie będzie to tekst o tym czy dekatyzować i w jaki sposób, bo takich tekstów jest w sieci już bardzo dużo. Wydaje mi się, że część osób do dekatyzacji przekona się dopiero po tym jak na własnej skórze odczuje jej brak. Opowiem wam zatem smutną historię, a właściwie trzy, o tym jak ja się o tym przekonałam.

Swoje trzy przypadki pamiętam doskonale, bo o takim rozżaleniu i frustracji ciężko zapomnieć. Pierwszy raz się zdarzył kiedy szyłam moją pierwszą sukienkę na kursie dla początkujących. Wybrałam sobie do tego projektu śliczną granatową 100% bawełnę w delikatne małe kwiatuszki. Z wiadomych przyczyn nie byłam w stanie przed skrojeniem wrzucić materiału do pralki, ale go wyprasowałam. Spędziłam nad jej szyciem kilka godzin na kursie, pamiętam, że prawie gotową zabrałam do domu i tam ręcznie podszywałam spód, rękawy, dopieszczałam sznureczki itd. Skończyłam i byłam zachwycona, tak bardzo mi się podobała, przed wrzuceniem jej do pralki zdążyłam jeszcze zrobić zdjęcie i pochwalić się siostrze. Pokazuję to zdjęcie choć niewiele na nim widać poza tym, że była to sukienka mini. Po wypraniu nie była to nawet bluzeczka, skurczyła się na długości o co najmniej 10 cm, a i wszerz nie dało się jej na korpus wcisnąć. Możecie sobie wyobrazić moją rozpacz, kiedy pierwszą z sukcesem uszytą przeze mnie sukienkę, tak dopieszczoną, musiałam wyrzucić do kosza.

Od tamtej pory zawsze piorę każdy materiał (poza wełną) jak tylko go kupię i w takiej temperaturze w jakiej producent twierdzi, że można prać, ewentualnie na oko, jak producent nic nie twierdzi.

Drugi raz się zdarzył ze spodniami dresowymi, które też szyłam na kursie, tym razem z dzianin. Wybrałam sobie punto, które ma w składzie trochę poliestru, miałam nadzieję, że się nie skurczy, ale i tak spędziłam sporo czasu prasując go mocną parą. Uszyłam, przyniosłam do domu, wyprałam i co? Ze spodni o standardowej długości mam takie przed kostkę. Pół biedy, że to dresiaki, a nie nic wyjściowego, bo do dzisiaj w nich chodzę po domu, tylko muszę zakładać do nich dłuższe skary, bo inaczej mi wieje po kostkach.

Trzeci raz był najgorszy i do dzisiaj jak myślę o tej sukience to ciśnienie mi się podnosi do niebezpiecznego poziomu. Kupiłam sobie chanelkę, skład był taki, że mogłam ją wyprać bezpiecznie w pralce na trybie “wełna”, skonstruowałam, wymodelowałam, uszyłam sukienkę, wszyłam podszewkę i do tego momentu wszystko szło całkiem dobrze. Po wszyciu podszewki przyszedł czas na przymiarkę, zakładam i słyszę coś nieprzyjemnego – dźwięk poprutej podszewki. Po opanowaniu wkurzenia stwierdziłam, że ok, trudno, będzie bez podszewki, chanelka nie gryzie, nie będzie dramatu. Zatem usiadłam sobie do serialu i w jakieś 3 godziny wykończyłam wszystko ręcznie. Na godzinę przed północą sukienka była gotowa, przymierzyłam, stwierdziłam, ze jest git, super sukienka, a że chyba chciałam ją założyć kolejnego dnia na jakąś okazję to od razu wrzuciłam ją do pralki. Nie wiem czy to było zmęczenie, bo późna godzina, zamroczenie, czy po prostu mam niedowład umysłowy, ale nastawiłam pranie na 40 stopni. Jak się możecie domyślić sukienkę wyjęłam z pralki nie tylko dwukrotnie mniejszą, ale na dodatek kompletnie sfilcowaną. Pół nocy wtedy przepłakałam, chyba nawet nie przez to, że straciłam kieckę, a bardziej nad tym, że tydzień pracy poszedł w diabły i nad swoją głupotą, która do tego doprowadziła. To jednak nie koniec tej smutnej historii. Jak już wylałam wszystkie łzy to postanowiłam, że uszyję tę sukienkę jeszcze raz. Co zrobić, zawzięta jestem strasznie. Przyszła zamówiona w necie chanelka, wyprałam ją na “wełnie”, kupiłam materiał na podszewkę, wyprałam już na wszelki wypadek w 40 stopniach. Zaczęłam szycie od podszewki (na marginesie jest to dobry sposób na próbne szycie), przymierzam i oczom nie wierzę, bo ledwie się w tę podszewkę wcisnęłam, nie dość że ciasna to jeszcze jakaś przykrótka.
– “Jakim cudem?” – myślę – “przecież w dwa tygodnie nie przytyłam 10 kilo i nie urosłam 10 centymetrów”.
Opowiedziałam o tym Agnieszce na kursie konstrukcji, że jakieś niebywałe rzeczy mi się przytrafiają, fatum normalnie czy coś.
– “A prasowałaś ją w trakcie? – pyta z politowaniem
– “No wiadomo” – odpowiadam
– “To Ci się pod żelazkiem skurczyła”
Na to nie wpadłam, że żelazko ma więcej niż 40 stopni Celsjusza. Do tego to chyba trzeba mieć doktorat z fizyki pewnie. Na tym etapie nie byłam już nawet zła, tylko zmęczona, znudzona szyciem po raz kolejny jednej sukienki (ostatecznie uszyłam pięć – trzy podszewki i dwie sukienki), i już wtedy jej nienawidziłam. Udało mi się jednak ten upiorny projekt skończyć, uszyłam kolejną podszewkę, sukienkę właściwą, połączyłam jedno z drugim i tadam.

W znoju i trudzie powstała - upiorna i najbardziej pechowa sukienka świata.
Jest to jedyny ciuch, który mnie nie cieszy, nie mam z niego żadnej satysfakcji, ubrałam ją tylko raz, żeby zrobić jej zdjęcia, a później wisiała w szafie, bo za każdym razem jak pomyślałam o tym żeby ją założyć to z miejsca ogarniało mnie wkurzenie. Mam nadzieję, że do jesieni czy zimy mi przejdzie i zacznę ją nosić, bo mimo wszystko podoba mi się i żal nie używać czegoś co się przez miesiąc męczyło.

Wyciągnęłam z tych doświadczeń lekcję następującą, że materiał trzeba przed skrojeniem nie tylko wyprać, ale też wyprasować. Amen.
(Oczywiście są od tego wyjątki takie jak wełna czy jedwab, więc trzeba czytać co ma do powiedzenia producent). Mam nadzieję, że dzięki tej historii nie będziecie chciały się same przekonywać jak fatalny ma takie doświadczenie smak. Serio, nie próbujcie, świństwo.


  • Najbardziej pechowa sukienka świata
  • Najbardziej pechowa sukienka świata
  • Pierwsza stracona sukienka
  • Pierwsza stracona sukienka

Udostępnij: