Biały len i tajemnica niewidocznej kieszeni

Przy tworzeniu kopertowej sukienki się namęczyłam i nakombinowałam, ta była jej przeciwieństwem. Cały proces od postawienia pierwszej kreski na papierze, skończenie konstrukcji, modelowanie, krojenie i szycie zajął mi tydzień. Jeśli mam być szczera to guzików do tej sukienki szukałam dłużej.

Taką gładką i przyjemną robotę to ja lubię, bo to wtedy nie “robota”, a sama przyjemność. Niejeden powie, że tydzień to długo, ale dla mnie to naprawdę ekspresowy czas, ale ja zawsze szyłam wolno. Nawet ostatnio naszła mnie taka myśl, że ja właściwie nie szyję po to, żeby mieć kolejnego ciucha, tylko po to żeby realizować kolejny projekt, który ulęgł się w mojej głowie. Bardziej interesuje mnie sam proces tworzenia, a ubranie w szafie to jakby produkt uboczny tego procesu. Może dlatego nie mam ciśnienia na prędkość, ani żeby już skończyć, żeby mieć już nowe ubranko. Mało tego, ja nienawidzę szyć pod presją czasu, miałam chyba dwa takie projekty, że musiałam je skończyć na jakiś określony dzień, żadnego nie wspominam dobrze. Nie lubię tego ciśnienia, które psuje mi całą radość z szycia. Miewam dni, że nie chce mi się szyć, więc wtedy nie szyję. Wiem, że nigdy, przenigdy nie mogłabym szyć na zamówienie, bo nie miałabym wówczas takiego komfortu.

Wrócę jednak do właściwego tematu czyli niewidocznej kieszeni. Może ja jestem jakaś stara, albo chociaż staromodna, ale zawsze byłam zdania, że bielizna powinna być niewidoczna, nie lubię wystających ramiączek od biustonosza (o zapięciu na plecach nawet nie chcę wspominać), jakieś mody na wystające ze spodni stringi wspominam z delikatnym obrzydzeniem, nie lubię też jak spod białych ubrań wyziera biała bielizna.

Od wielu, wielu lat noszę tylko cielistą pod białe ubrania i szczerze mówiąc produkcji białej bielizny bym chętnie ustawowo zakazała, bo nie rozumiem sensu jej istnienia.

Nie podobają mi się również w białych ubraniach widoczne worki kieszeniowe, dlatego pogrzebałam w swoich resztkach i znalazłam beżowy materiał po spodniach. Przy projektowaniu wykroju ściągnęłam pomysł z innego wykroju na szycie kieszeni, który gwarantuje, że worki w innym kolorze nie będą widoczne na zewnątrz, bo nie wszywa się ich dokładnie na linii boku, ale materiał właściwy jest wydłużony o ok 1 cm w głąb (patrz zdjęcie). Na początku nie byłam przekonana do takiego rozwiązania, ale coraz bardziej mi się zaczyna podobać, bo zauważyłam, że tak wykonana kieszeń układa się lepiej na biodrach niż klasyczna w szwie – nie odstaje. Zwłaszcza na bardziej dopasowanych ubraniach.

Sukienkę uszyłam z lnu stonewashed, od którego się totalnie uzależniłam (do kupienia tu). Stuprocentowy len zawsze mi się kojarzył ze sztywnym, wygniecionym drapakiem, który ma mniej więcej tyle wdzięku co worek jutowy i z tych powodu nie nosiłam lnu wcale. W zeszłym roku odkryłam mieszanki lnu z wiskozą i tym sposobem pomału się do niego przekonałam. Ten len jest fantastyczny, mięsisty i miękki, przyjemny w dotyku, nie gniecie się bardzo i nie wygląda jak “psu z gardła”. Uwielbiam go mieć na sobie i uwielbiam z niego szyć. To, że się uzależniłam, to wiem na pewno, bo to już druga uszyta sukienka, w szafie mam też gotową spódnicę z niego, która czeka na zdjęcia i kolejny świeży materiałek na nowy projekt. Jak znam siebie, to jeszcze ze dwa kupię.
 


  • Lniana sukienka
  • Letnia sukienka
  • Lniana sukienka
  • Cielisty worek kieszeniowy
  • Kieszeń
  • Wykrój na kieszeń
  • Lniana sukienka
  • Lniana sukienka
  • Lniana sukienka
  • Drewniane guziki
  • Lniana sukienka
  • Rękaw z guzikiem

Udostępnij: